Człuchowski Społeczniak odpowiada na apel dziennikarza „Dziennika Bałtyckiego” i włącza się w akcję pomocy konkretnej rodzinie

Zespół Szkół Społecznych STO im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego
ul. Jana III Sobieskiego 7 A
77-300 Człuchów

Nie rozdrabniajmy naszej pomocy na drobne – z takim apelem zwróciła się do mieszańców powiatu człuchowskiego Alina Klukowska. – Wspólnie pomóżmy jednej, konkretnej rodzinie potrzebującej wsparcia po nawałnicy, która przeszła nad Pomorzem.

Po tragedii sprzed kilkunastu dni mówiono przede wszystkim o dwóch młodych dziewczynach, które zginęły nad Jeziorem Śpierewnik w okolicach Suszka. W mediach pojawiały się informacje o tym, że w powiecie chojnickim zginęły również trzy inne osoby, można jednak odnieść wrażenie, że był to temat poboczny. Tymczasem prawdziwy dramat rozgrywał się zaledwie kilka kilometrów od granic powiatu człuchowskiego. Jedną z ofiar kataklizmu jest Stanisława Tylicka, mieszkanka Zielonej Huty w gminie Konarzyny.

– Tego dnia byliśmy w Chojnicach – opowiada Iwona Pela, córka pani Stanisławy. – Wieczorem, gdy zaczynała się burza przyjechaliśmy do Zielonej Huty. Pożegnaliśmy się z rodzicami i z rodzeństwem i ruszyliśmy w stronę domu. Byliśmy już w okolicach Rekowa, gdy brat zadzwonił. – Iwona proszę cię, zawracaj. Mamę belka przygniotła. Szybko zawróciliśmy. Tata i brat byli już wyciągnięci, a mamy nie mogli znaleźć jeszcze. Była przysypana gruzem.

– Nagle wszystko runęło do jednego pomieszczenia – mówi Mateusz Tylicki. – Nie było szans na ucieczkę. Na mnie duża płyta spadła i po tej płycie wszystko się zsunęło. Zdążyłem wyjść przez okno, pobiegłem po pomoc i razem z sąsiadem zaczęliśmy ratować tatę i brata. Na tatę spadła belka i nie mógł nóg wyciągnąć.

W mediach pojawiła się informacja, że to drzewo spadło na dom pani Stanisławy. Pobliskie drzewa jednak jak stały, tak stoją.

– Mama zawsze się bała, że podczas wichury mogą przewrócić się świerki rosnące w pobliżu domu – mówi pani Iwona. – Nikt nie pomyślał o tym, że może runąć dach. Mama wyjeżdżała za granicę aby zarobić na remont tego dachu. Najpierw jeździła na truskawki, później zrobiła kurs języka niemieckiego i za pośrednictwem firmy pośredniczącej w organizowaniu pracy zaczęła wyjeżdżać do pracy jako opiekunka osób starszych. Kilka dni przed tym feralnym dniem rozpoczęliśmy prace związane z remontem dachu.

W piątek, 11 sierpnia Stanisława Tylicka miała po raz kolejny wyjechać do pracy w Niemczech. Ze względu na remont przełożyła wyjazd o tydzień. Gdyby wówczas pojechała, gdyby karetka zdołała dotrzeć w miarę szybko na miejsce… – być może pani Stanisława by żyła. Tuż po nawałnicy drogi w stronę Chojnic były zatarasowane przez drzewa. Karetka pojawiła się na miejscu po dwóch-trzech godzinach.

– Zabrałam tatę i brata do samochodu i ruszyłam z nimi w kierunku szpitala – opowiada Iwona Pela. – Droga była jednak zatarasowana. Zawróciłam, próbowałam przebić się na Charzykowy, tam było tak samo.

Pan Mateusz z sąsiadem „dokopali” się do pani Stanisławy. W tamtym czasie puls był jeszcze wyczuwalny. – Stwierdziliśmy, że nie będziemy jej ruszać, bo nie wiadomo co mamie dolega – opowiada Mateusz Tylicki. – Baliśmy się, że może być coś z kręgosłupem i możemy narobić problemu. Dopiero jak strażacy przyjechali, wyciągnęli mamę. Wówczas puls był jeszcze wyczuwalny. Była godzina 2.15, gdy lekarz stwierdził zgon.

Stanisław Tylicki, mąż pani Stanisławy miał wstrząs mózgu. Został w szpitalu na obserwacji. Jego syn – Darek był jedynie poobijany i mógł wrócić do domu.

Od tamtych feralnych wydarzeń minęło kilka dni. Teraz trzeba myśleć o odbudowie domu. Jest tata, są bracia, w tym Leszek, który cierpi na porażenie mózgowe. W gospodarstwie zostały zwierzęta. W tej chwili opiekuje się nimi właśnie Leszek. On jako jedyna osoba z rodziny został w Zielonej Hucie. Mieszka u sąsiadów. Codziennie chodzi aby dokarmiać zwierzęta. – Mógł jechać z nami, ale nie chciał – mówi pan Mateusz.

Leszek, jeszcze gdy chodził do szkoły często brał udział w zawodach, olimpiadach specjalnych… W domu zostało bardzo dużo medali.

Kilkanaście dni po nawałnicy Stanisław Tylicki jest chyba nie do końca świadomy, co się dzieje. Owszem – wie, że żona nie żyje, ale czasami pyta kiedy wróci. Przez cały czas ma zbyt wysoki cukier, niedowidzi… – Chcielibyśmy starać się o jakieś sanatorium, żeby trochę go podleczyć – mówią dzieci mężczyzny. – Może w tym udałoby się komuś nam pomóc…

Mateusz Tylicki pracował za granicą. Po tym co się stało, przynajmniej na razie nie wróci. Jest mnóstwo spraw do załatwienia, poza tym pan Stanisław potrzebuje stałej opieki.

Rodzina dostała już 6 tysięcy złotych rządowego wsparcia. W kościele w Konarzynach była zbiórka na ich rzecz. Od Caritasu w piątek, przed pogrzebem dostali 1000 złotych .

Co jest im najbardziej potrzebne? – Nie mamy kołder – mówi pani Iwona. – Przyda się pasza dla indyków, kur… O tym co jeszcze będzie nam niezbędne trudno mówić, dopóki nie odbudujemy domu. Aby było to możliwe potrzebujemy przede wszystkim pieniędzy.

Urzędnicy z gminy Konarzyny zapowiedzieli, że pomogą wysyłając ludzi do rozbiórki domu, gdy będzie to już możliwe. Zgłosił się też ktoś, kto obiecał, że za darmo przygotuje projekt nowego domu. Z Konarzyn do Lipuszka w gminie Studzienice, gdzie przebywa w tej chwili rodzina przywieziono tapczan, którego brakowało. W domu zostały jeszcze lodówka, pralka…

Pani Iwona podkreśla, że mama była skromną osobą. Nigdy nie prosiła nikogo o pomoc. Latem i jesienią cała rodzina chodziła do lasu, chociażby po go, żeby zarobić na kupno książek do szkoły. Teraz… – sami, nawet jeśli dostaną pełną pulę rządowego wsparcia, nie dadzą rady. Pani Iwona, żeby zająć się tatą zrezygnowała po nawałnicy z pracy w ośrodku wczasowym, pan Mateusz na razie nie wróci do pracy…

W jaki sposób pomóc?

Pieniądze można wpłacać na konto prowadzone przez Stowarzyszenie Sabat Szefowych w Człuchowie.

KRS: 0000061272; NIP: 8431473291

Numer konta: 49 1240 3796 1111 0010 2205 0730 Tytuł przelewu: ZIELONA HUTA