Kluczbork: Felietonowe zwycięstwo

Społeczne Liceum Ogólnokształcące STO
ul. Ligonia 3
46-203 Kluczbork

Od kiedy STO-wscy felietoniści startują w Ogólnopolskim Konkursie na Felieton, organizowanym przez XII Liceum Ogólnokształcące im. Bolesława Chrobrego we Wrocławiu, tylekroć zajmują tam wysokie miejsca. W tym roku było podobnie. Do ścisłego finału dostało się czworo naszych uczniów: Alicja Jaszcz (kl. II G), Dagmara Porada (kl. III G), Magdalena Szlagor (kl. II LO) i Szymon Janecki (kl. II LO).

W pięknej auli XII LO we Wrocławiu odbyła się 26 kwietnia 2015 r. uroczystość wręczenia nagród. Wyniki ogłosił wielki znawca literatury, prof. Stanisław Bereś, który od samego początki pełni również funkcję przewodniczącego Jury. Ogłoszenie polega na tym, że najpierw wymienia się tych finalistów, którzy zajęli dalsze miejsca – każdy więc marzy o tym, aby zostać wyczytanym na końcu. I tak się stało! Jako przedostatnia – tym samym zajmując II miejsce wśród gimnazjalistów – została poproszona na scenę Alicja Jaszcz! Tuż po niej weszła tam zwyciężczyni w tej kategorii wiekowej – Dagmara Porada!

Zajęcie dwóch pierwszych miejsc wśród uczniów szkół gimnazjalnych spowodowało, że licealiści już nie mieli sumienia pogrążać konkurencji. I dlatego Magdalena Szlagor oraz Szymon Janecki zadowolili się tylko (?) wyróżnieniami. Jednak zapowiedzieli: „Za rok nie będziemy już tacy miłosierni i zwyciężymy!”. Znając ich umiejętności pisarskie można przypuścić, że nie rzucali słów na wiatr.

Całej czwórce składamy wielkie gratulacje!

A poniżej zamieszczamy teksty Dagmary, Ali, Magdy i Szymka oraz… p. Dariusza Dybka, który – jako opiekun STO-wskich felietonistów – też „popełnił” tekst zamieszczony w pokonkursowej książeczce: radzi tam, jak napisać dobry felieton. Nasi uczniowie właściwie nie muszą go czytać, bo przecież świetnie to wiedzą.


I miejsce w kategorii: gimnazjum

Dagmara Porada  

Życie na kredycie

Nie wiem, czy lasy wierzbowe istnieją oficjalnie… A właściwie – niezależnie od tego, co na ten temat powiedzą dendrolodzy i leśnicy – wiem, że oficjalnie w takim lesie się można znaleźć. Tyle że nie składa się on z wierzb, a z „wierzb”. Takim koniecznym i swojskim elementem naszego krajobrazu stały się banki. W nich zaś rosną wierzby innego gatunku. Wierzby w wierzbach, trochę, jak matrioszki… W bankach rosną kredyty.

„Kredyt” króluje na liście najpopularniejszych słów ostatniej dekady. Jeszcze nigdy nie był tak często powtarzany i odmieniany przez wszystkie przypadki. Dotyczy całego społeczeństwa. Czy to już ten egalitaryzm z rewolucyjnych haseł? Zdarza się, że staruszki po niedzielnej mszy, zamiast rozprawiać o niezwykle udanym kazaniu „naszego kochanego farorza” – gestykulują, machają laskami i sprzeczają się, który bank oferuje lepsze kredyty. Zdarza się też, że dzieci na placu zabaw udają dorosłych:

– „Co dziś porabiałaś, kochana?” – pyta dziewczynka z (na oko) grupy Misiów (czy: Misi!).

– „Martwię się, mam kłopoty. Mój mąż narobił długów i jestem zmuszona iść do banku zaciągnąć kredyt!”.

Gdy usłyszałam ten dialog, miałam ochotę wstać, zacząć bić brawo i wręczyć rodzicom obu dziewczynek wychowawczego Nobla, a przynajmniej Złoty Krzyż Zasługi za udzielanie dzieciom życiowych porad. Z drugiej strony – owi rodzice nie muszą bardzo się starać. Podpowiedzi „pedagogiczne” pojawiają się zewsząd, np. oglądając w piątkowy wieczór „Rodzinkę.pl” można dowiedzieć się, że Boscy mają auto i dom na kredyt w PKO, gdyż tam proponują tak wyjątkowo niskie raty, że grzech nie skorzystać. Skoro przyzwyczailiśmy się do lokowania produktów, np. soków pomarańczowych „Tymbark”, który piją wszystkie dzieci Boskich, dlaczego nie mielibyśmy wiedzieć, gdzie i jakie kredyty ma Rodzinka?!

Jednak „wierzbowa” propaganda rośnie szczególnie niebotycznie, gdy nadchodzą Święta Bożego Narodzenia. Wówczas na ulicach miast uśmiechają się do nas Święte Mikołaje (no, bo któż inny tak mocno pragnie uszczęśliwić wszystkich?!) i rozdają ulotki informujące o chwilówkach. Bo przecież Święta muszą wyglądać w każdym polskim domu tak, jak na amerykańskich filmach: choinka co najmniej 3,5-metrowa (to nic, że mieszkanie jest o metr niższe), aby zmieściły się pod nią góry prezentów. Wtedy też jest doskonały czas do promowania przez elfy i inne Śnieżynki nowej Dobrej Nowiny: „U nas najniższe raty spłacania kredytów! Ho ho ho!”. A wtenczas Boże Narodzenie od razu wygląda weselej, ponieważ będzie można kupić wspomnianą górę prezentów, a po świętach (świętach?) szybko, łatwo i przyjemnie długi się spłacą. Jeśli byłby z tym problem, trzeba tylko zadzwonić do „KRUKA”, a już oni nam pomogą, udzielając kredytu…

Uwierzyła w to nawet moja babcia. Lubi w domu mieć urządzenia nowe i sprawne, a te wymagają częstej wymiany. Babcia zaś ma emeryturę niedużą i uważa, że nigdy nie uzbierałaby na nową pralkę czy lodówkę. Wybiera się więc do „wierzbowego” lasu w centrum miasta. Czasem jej towarzyszę. Ostatnio też tak było. I gdy już wychodziłyśmy, pomyślałam: „Ja też tu kiedyś przyjdę. Najpierw sama, potem z własnym dzieckiem, później z wnukiem lub wnuczką. Bo wprawdzie z „moim zakładem jestem bardzo mocno związana; zwłaszcza przez kasę zapomogowo-pożyczkową”, ale przecież taka kasa nie wystarczy, bo będzie mi potrzeba więcej kasy. Żeby spłacić długi babci, moje, córki…”.

A „licznik Balcerowicza” bije. I chyba niedługo pojawi się tam już nie długi ciąg cyfr, ale krótki znak:                                                + ∞


II miejsce w kategorii: gimnazjum

Alicja Jaszcz

Bo najpiękniejsze są polskie kwiaty

Piękny lipcowy poranek. Stoję na lotnisku w Warszawie. Za chwilę wylatuję z babcią do Nowego Jorku. Oczyma wyobraźni już widzę siebie spacerującą po Manhattanie. Po kilkunastu godzinach wędruję po tej części Big Apple już na jawie. Kogo my tu mamy?! Amerykanie, to oczywiste, ale też Japończycy, Pakistańczycy, Włosi, Egipcjanie (lista ciągnie się jeszcze przez kilka linijek) i … Polacy. Zobaczyłam bowiem kilku rodaków w koszulkach z Białym Orłem i głośno mówiących „po naszemu”.

Teraz wizyta u bliskiej rodziny. Najpierw powitania, prezenty, opowiadania o tym, „co tam u Was słychać?”. A później normalne amerykańskie życie, np. wyprawa do sklepu po żywność. Kierunek – New Jersey. Gdy dojeżdżamy, nie wierzę własnym oczom: jesteśmy w sklepie z polską żywnością i prasą. Nie po to przecież przyjeżdżałam do Ameryki, by jeść to co mam na co dzień! Chciałam tych big, bigger i the bigest burgerów! (pamiętam, że w jednym z filmów o Kargulach i Pawlakach pada kwestia: „U nas w Stanach wszystko jest największe”). Jednak zdaniem wujostwa polskie jedzenie jest najlepsze, więc czekają mnie: pierogi, bigosy i ptasie mleczko.

To ptasie mleczko nieco się rozpływa (nie zawsze w ustach, ale też w dłoniach), bo panują tu straszne upały. Jeździmy zatem opalać się na plażę nad oceanem. Błękitna woda, w oddali widać most brooklyński – naprawdę cudowne widoki! Ale ja słyszę od cioci, że nie ma to jak nad polskim morzem! A wujek, stojąc po pas w „zupie”, wciąż powtarzał: „Bo wiesz, Ala, Bałtyk to Bałtyk!” (później sprawdziłam – temperatura wody w naszym morzu wynosiła – w lipcu – całe 18ºC).

W niedzielę wyprawa do kościoła i na uroczysty obiad. Trudno uwierzyć: kościół polski, ksiądz – Polak, a posiłek w (tak, tak, zgadliście) „Karczmie Polskiej”. Na szczęście, udało mi się zamówić niecodzienne u nas owoce morza. Babcia i wujostwo jedli schabowego z kapustą. Widziałam, że smakowało im bardzo, a ja… męczyłam się z ostrygami. To nie była ostatnia udręka, bo babcia ciągle przypominała mi, że powinnam grać na flecie, aby nie wyjść z wprawy. Moja gra nie wzbudzała w słuchaczach większych emocji do czasu, gdy wyjęłam nuty „Halki” Stanisława Moniuszki. Ciocia z wujkiem kilka razy kazali mi bisować. Wieczorem odwiedzili nas kuzyni. Słuchaliśmy muzyki i oglądaliśmy programy telewizyjne. Bardzo podobał mi się „America’s Got Talent”. Dość szybko jednak do pilota dorwała się „starszyzna rodu” i musieliśmy wspólnie oglądać programy w TVP Polonia („Czterej pancerni i pies” ciągle żywi!).

W dniu, kiedy temperatura była kilka stopni niższa, pojechaliśmy do Ground Zero, czyli miejsca, w którym stały wieże World Trade Center. Największe emocje u cioci, wujka i babci wzbudziła katedra, gdzie w bocznej nawie znajduje się Kaplica Matki Boskiej Częstochowskiej. Spotkaliśmy tam nie tylko Czarną Madonnę, ale też bardzo wielu Polaków. Następny punkt naszej wyprawy to biblioteka, gdzie wypożyczamy „coś do poczytania”. Oczywiście, ciocia wynosi stos książek, a wśród nich utwory: Konopnickiej, Sienkiewicza, Grocholi, Kalicińskiej. Poznajecie klucz doboru? Jeśli tak, nie przyznawajcie sobie wielkiej nagrody za przenikliwość, bo zadanie nie było trudne. Ja też już się nie dziwiłam. I przypomniałam sobie jeden z reportaży Ryszarda Kapuścińskiego, w którym wielki podróżnik pisał, że często w zapadłej dziurze w krajach Azji, Afryki czy Ameryki widział Polaków tęskniących do kraju lat młodości. Ja takich spotykałam w Nowym Jorku.

Przed naszym wyjazdem rodzina zorganizowała wieczór pożegnalny. Przyszli znajomi z kraju (wiecie – którego?!). Cały czas wspominają i opowiadają o ojczyźnie. Jeszcze na lotnisku JFK brzmiały mi w uszach słowa:

Najpiękniejsze / Są polskie kwiaty / Stokrotki, fiołki / Kaczeńce i maki /

Pod polskim niebem / W szczerym polu wyrosły / Ojczyste kwiaty / W ich urodzie, zapachu /

Jest Polska.

I wiecie co? Choć trochę byłam zła, że Ameryka okazała się nie amerykańska a polska, to gdy wylądowałam w Warszawie i zobaczyłam reklamowy plakat z bocianem, ucieszyłam się. A gdy po włączeniu telewizora natrafiłam na ten sam odcinek „Czterech pancernych”, powiedziałam sobie: „Co tam palmy, liczą się tylko wierzby! Tyle że, aby się o tym przekonać, trzeba lecieć za Wielką Wodę”.


Wyróżnienie w kategorii: szkoła ponadgimnazjalna

Magdalena Szlagor

Maturzyści i ogórki kiszone

Tolerować, tolerować, tolerować... Ale czy wszystko?

Jednak, Moi Drodzy, nie wsiadajcie do tramwaju z otwartym słoikiem, bo te ogórki kiszone naprawdę śmierdzą! Nawet bardziej niż niedomyte ciała naszych rodaków – gdyby robić ranking tolerancji, to według mnie ogórki „wygrywają”. Jednak „na mój nos” – nie mają szans w konkurencji z zapachem (?!) płynu do mycia podłogi, który dziwnym przypadkiem przeszkadza szczególnie mocno, gdy w sobotnie poranki trafia w ręce piszącej te słowa. Zresztą, same sobotnie poranki też nie należą do moich ulubionych chwil w życiu. Niby to już weekend, czas odpoczynku od nauki (hola, hola! – nie dla was, a raczej nie dla nas – maturzyści), ale człowiek i tak się nie wyśpi. W kuchni od samego rana słychać bojowe okrzyki: „Wynieś te śmieci!”, „Nie widzisz, że woda kipi?!”, „Zdejmij bratu miskę z głowy!”. Tę arkadyjską atmosferę dodatkowo wypełniają nie śpiewy pasterek i delikatne porykiwania ślicznych krówek, lecz brzęk stukających garnków oraz odgłosy remontu za ścianą. W końcu, po wykonaniu tych jakże szlachetnych i zajmujących czynności, które zalecały przywołane przed chwilą cytaty, można znaleźć czas na odrobinę relaksu i pogapić się w telewizor. A tam takie intelektualnie rozbuchane działania, jak: poszukiwanie przez rolnika żony, kolejna dyskusja „gadających głów” o ogólnej teorii bytu, niebytu i odbytu, wyrafinowana gra aktorów z „W 11” (Oskar czeka!), gwiazdy tańczące na lodzie, wodzie, tartanie, główce od szpilki oraz na innych podłożach. To już lepiej zabrać się za przypominanie sobie, co to jest morena czołowa, czym charakteryzuje się stułbia płowa i gdzie leży Laos.

Następnego dnia przeciętnemu licealiście przypomina się nagle, że nie napisał analizy wiersza (Hurra! ale w stylu pieśni religijnych śpiewanych o poranku w kościołach, gdy słowa: „Radujmy się” brzmią niemal jak: „Ło, Jezu! Niech już będzie ten koniec świata!” i przypominają średniowieczno-kasprowiczowskie zawodzenia w „Dies irae”), nie obliczył zadań z granicami ciągów (których ilość, to jasne, dąży do nieskończoności), nie powtórzył ostatniej lekcji fizyki, biologii i historii itd. (a tego „dalej” jest naprawdę duuużo). Wtedy w głowie biednego ucznia rozpoczyna się walka. Lenistwo i przyjemności kontra „być albo nie być“ studentem mniej lub bardziej prestiżowej uczelni. Zazwyczaj kończy się kompromisem, czyli: „Wyjdź z psem na spacer!“. Jak dobrze mieć psa...

Poniedziałkowy poranek rozpoczyna się jeszcze bardziej dramatycznie. Wtedy licealista naprawdę zaczyna zdawać sobie sprawę, jaka przyszłość go czeka, a przynajmniej, co wydarzy się w ciągu najbliższych godzin, kiedy to będzie musiał poinformować nauczycieli o efektach swojej weekendowej pracy. Jeśli uda mu się przetrwać kolejną falę wiadomości o mechanizmie powstawania prądu indukcyjnego, anaforach i epiforach, grupach prostetycznych czy 1,2,4,4-tetrametylobutanie (tutaj uwaga do maturzystów: jeśli nie macie pojęcia, o czym właśnie napisałam, wiedzcie, że czas najwyższy sięgnąć po książki), wraca do domu zmarnowany, ale z uśmiechem na twarzy, niczym super-bohater po dobrze wykonanej misji, i odpoczywa przed następnym dniem wielkich emocji i niesamowitych zmagań. Podobnie wyglądają kolejne i kolejne dni, aż nadchodzi czas sami-wiecie-czego, kiedy to uczeń, a właściwie już absolwent, w desperacji sięga po notatki. Spogląda na nie i widzi wzory, wzory... i jeszcze więcej wzorów. Zdezorientowany ich ilością, porzuca je. Już nic nie może go uratować. Nic?!

A po niemal dwóch miesiącach przychodzą wyniki. (Na marginesie: myślę, że trzeba by napisać psychoanalityczną pracę o snach absolwentów, którzy już są po, ale jeszcze nie wiedzą, co w tym dostrzegą egzaminatorzy). Udało się – a jednak! Znowu: hurra! Tym razem, bez wcześniej wspomnianego „entuzjazmu”. Tylko teraz nasuwa się pytanie: geodezja, socjologia, czy może zarządzanie?

Drogi Czytelniku, nieważne, jakiej decyzji dokona maturzysta, ty i tak postaraj się ją tolerować. I nie narzekaj: „A po co nam kolejni pedagodzy, poloniści, prawnicy, socjologowie, muzycy...?”. Wiem, kraj potrzebuje inżynierów, to oczywiste, ale czy w imię racji państwowej mam pokochać wyższą matematykę? Pozwól mi mieć swoje fochy – w końcu stan przed-wiesz-którym- egzaminem nie należy do szczególnie przyjemnych. Zobacz, ja nie narzekam za bardzo. I nawet nie marudzę, że Ministerstwo Edukacji Narodowej ciągle proponuje mi jakąś reformę, która zmienia reguły gry dla „zawodników” z liceum.

No, może jednak nie będę w stanie tolerować Twoich ogórków kiszonych! Nigdy nie zabieraj ich ze sobą do tramwaju. Wybacz, ale moim zdaniem, to już chyba zbytnia przesada!


Wyróżnienie w kategorii: szkoła ponadgimnazjalna


Szymon Janecki

Nietolerancyjne żale

Należę do tak zwanych ścisłowców (a przynajmniej tak ludzie o mnie mówią). Ma to (czyli bycie ścisłowcem, a nie samo na ów temat mówienie) swoje plusy i minusy, np. widzę świat zależności, ale często nie dostrzegam abstrakcji. Nie rozumiem ich.

Psychologowie twierdzą, że każdy człowiek – a nie wyłącznie miłośnicy matematyki – ma swój własny słownik nierozumianych abstrakcji. Mój jest bardzo pokaźnych rozmiarów. Poszukuję definicji niemal każdego słowa. Strasznie denerwujące jest dla mnie to, że do opisania jednego słowa potrzeba użyć przynajmniej kilku innych. Tamte zaś definiujemy za pomocą jeszcze innych. Ten ciąg nie ma końca. Teoretyczne zawsze można ewentualnie doczepić zdjęcie pokazujące nam dany przedmiot. Co jednak z wspomnianymi wcześniej „abstrakcjami”? One wyglądają… nijak. Po prostu są i trudno je w jakikolwiek zrozumiały sposób wytłumaczyć. Dlatego lista tych wyrazów jest inna u każdego ścisłowca. W mojej na samym szczycie widnieje TOLERANCJA.

Jak mam tolerować, nie rozumiejąc w pełni tego słowa? Albo też raczej: skąd mam wiedzieć, czy jestem naprawdę tolerancyjny? I jak ustrzec się przed tolerancją nietolerancji, która z wiadomych powodów może prowadzić do nietolerancji? A czy można nie tolerować tolerancji? Według mnie granica między tymi wszystkimi zjawiskami jest tionkaja (wiem, wiem – rusycyzm, lecz dlaczego go nie tolerować?) Ale gdzie właściwie owa granica biegnie? Na te, a także wiele innych pytań, wciąż poszukuję odpowiedzi. Nienawidzę tych myśli, lecz one powracają (czyżby okazały się nietolerancyjne?!). Przy okazji spostrzegłem, że nienawiść do swoich myśli w łatwy sposób może prowadzić do nietolerancji własnej osoby. Jest to bardzo niebezpieczne, bo im więcej myślimy o tolerancji, tym bardziej nietolerancyjni (np. wobec samych siebie) możemy się okazać.

Dlatego na tym skończę swoje przemyślenia. Stają się one dla mnie zbyt niebezpieczne. Nie warto jest myśleć o tolerancji ani o tym, gdzie jest jej granica. Wszystkie te rozważania nic nam nie dadzą. W rzeczywistości, samo myślenie o tolerancji wydaje mi się nietolerancyjne. W końcu powinno to przychodzić naturalnie, a nie wtedy, kiedy nam na tym zależy. Jednak, aby napisać ten felieton, musiałem o niej pomyśleć, co oznacza, że jestem nietolerancyjny. I jak sobie z tym poradzić?


Dekalog (z bonusem) felietonisty

            Bolesław Prus, Henryk Sienkiewicz, Janusz Korczak, Tadeusz Boy-Żeleński, Antoni Słonimski, Stanisław Cat-Mackiewicz, Jarosław Iwaszkiewicz, Konstanty Ildefons Gałczyński, Stefan Kisielewski, Zygmunt Kałużyński, Jerzy Waldorff, Stanisław Dygat, Wisława Szymborska, Stefan Bratkowski, Stanisław Lem, Sławomir Mrożek, Jerzy Pilch, Janusz Głowacki, Ludwik Stomma, Dorota Masłowska…

           Drogi Czytelniku! Powyższa lista to nie skład reprezentacji polskiej w hokeju na trawie, lecz (niepełny!) wykaz największych polskich felietonistek i felietonistów. Niepełny nie tylko dlatego, iż autor niniejszych słów dokonał subiektywnej selekcji, lecz również z tego względu, że znalazło się tu również miejsce dla Ciebie. Nie przypadkiem na końcu znalazły się trzy kropki – tam możesz dodać swoje imię i nazwisko. Wypadałoby jednak spełnić podstawowy warunek: napisać kilka, kilkadziesiąt, kilkaset albo kilka tysięcy (np. Prus ma ich w dorobku ponad 1000!) tekstów zaliczanych do gatunku zwanego felietonem.

           Jak to zrobić? Nie wystarczy przeczytać (nawet – ze zrozumieniem!) definicję owego gatunku w Słowniku terminów literackich. Zresztą, takich definicji jest kilkanaście. Różnią się one, ale można w nich dostrzec coś, co je łączy. Zrobiłem to za Ciebie (mimo moich minus dziesięciu dioptrii!), więc postaram się podać teraz swoisty „przepis” na felieton. Oto „dekalog” felietonisty:

1. Samodzielność myślenia:

Nie próbuj dopasować się do oczekiwań odbiorcy, w tym przypadku – jury. Zamiast odwagą i mądrą buntowniczością, wykażesz się wtedy kalkulacją. Ta czasami przydaje się w życiu, ale nie wówczas, gdy ma powstać dobry felieton. Postaraj się więc nie szukać odpowiedzi na pytania: „Czego oni ode mnie chcą? Co im przypadnie do gustu?”. Z pewnością nie przypadnie to, że chcesz, aby coś przypadło…

2. Subiektywizm:

Felietonista to samotnik, który nie może podążać za tłumem. Trzeba iść pod prąd albo przynajmniej – z boku. Unikaj zatem utartych szlaków. Pamiętaj, że nawet narzekanie (co jest podobno takie typowo polskie) na (polskie) narzekanie staje się koleiną, w którą wpada się, jak dziesiątki innych narzekających. Powiedz coś od siebie, coś, o czym inni nie pomyśleli. Niech w Twoim felietonie często pojawia się zaimek: „Ja” (egocentryczność bywa zdrowa…).

3. Odwaga:

Felietonista to wojownik, który musi mieć zdolność do pokonania autocenzury. Nikt Ci nie może nakazać, by Twoje poglądy zgadzały się z tymi, które ma reszta świata. Nie bój się zatem wypowiadać opinii kontrowersyjnych, co jednak nie oznacza kontrowersyjności za wszelką cenę – pisz szczerze, choć szczerość nie musi być utożsamiana z brutalnością (niektórzy teologowie i filozofowie twierdzą, że mówienie prawdy to wymóg absolutny, jednak czy od razu trzeba napisać: „Jesteś głupi!” – a może lepiej: „Twoja inteligencja jest kontrowersyjna”).

4. Rozmowa z czytelnikiem:

Pamiętaj, że felietonu nie piszesz dla siebie. A przynajmniej – nie tylko dla siebie! Konieczne jest takie zainteresowanie czytelnika, by nie chciał odłożyć Twojego tekstu, mrucząc: „Przecież już tyle razy to słyszałem”. Pobudź go więc do intelektualnego wysiłku, nie daj mu zasnąć. Niech Twój felieton nie będzie n-tą realizacją skeczu pt. „W następnym odcinku świnka Piggy powie…”. I Piggy mówiła. Ale czy ktoś do tego odcinka doczekał?

5. „Ciepło”:

Większość felietonów powstała z niezgody na świat. To skłania do krzyku, a nawet wrzasku. Jednak niedobrze jest przesadzać z krytykanctwem, wylewać z siebie złość, oburzenie, irytację. Na razie, gdy masz -naście lat, geny podpowiadają Ci: zniszcz „onych”, czyli przede wszystkim dorosłych (rodziców, nauczycieli, posłów, dziennikarzy, biznesmenów) i/albo rówieśników. Tyle że ulegając tej „rządzy mordu”, stajesz się marudą, zrzędą, która powtarza: „Ci dzisiejsi rodzice, nauczyciele, posłowie, dziennikarze, biznesmeni, ta dzisiejsza młodzież!”. Odrobina ciepłego liryzmu naprawdę nie zaszkodzi.

6. Elegancja języka:

Felietonista musi łączyć swego rodzaju krwiożerczość z elegancją. „Kopiąc” językowo wszystkich i wszystko możesz zatracić odpowiedni styl. Czy to oznacza, że nie wolno Ci użyć wulgaryzmu, bo ma być tak akademicko, dostojnie? Oczywiście – nie, ale miej świadomość, że pisanie felietonu to nie to samo, co przysłowiowa pyskówka pod przysłowiową budką z piwem. Nie przypadkiem określa się felieton jako najbardziej literacki gatunek publicystyczny.

7. Doświadczenie (życiowe):

Aby dostrzec wady tego świata, nie trzeba mieć sokolego wzroku. Natomiast aby je umiejętnie ukazać, przydaje się życiowe doświadczenie. Tego – najprawdopodobniej – jeszcze trochę Ci brakuje: po prostu masz za mało lat… Czy więc trzeba czekać aż do emerytury? (przypominam: na razie (!) przechodzi się na nią w wieku 67 lat!). Nie, lecz zapisując kolejną linijkę tekstu, miej w pamięci, że jeszcze nie wszystko wiesz. Niekiedy wypada wstrzymać pióro (czy raczej: klawiaturę), zanim oznajmi się całemu światu „odkrywczą” prawdę typu: „2+2+4”.

Brak doświadczenia niekiedy pozwoli Ci zastąpić:

8. Erudycja:

Korzystaj z wielu źródeł (nawet z rozkładu jazdy pociągów). Nie wstydź się swego oczytania, swej wiedzy z różnych dyscyplin. Jasne: felieton raczej nie powinien składać się z samych cytatów, tym niemniej miło jest uzmysłowić sobie, że na dany temat myślisz podobnie, jak Cyceron, Kopernik czy… Ludwik Stomma. Towarzystwo mądrych ludzi nobilituje. Z drugiej strony: nie samym Homerem człowiek żyje i zdarza się, że nawet tekst piosenki discopolowej może stać się świetnym argumentem w Twoich wywodach.

9. Humor:

Nie nudź! Nawet najbardziej sprzyjający Ci czytelnik zmęczy się, gdy wszystko, co napiszesz, będzie straszliwie poważne. I dlatego: wprowadź do swego dzieła humor. Nie musi to być seria dowcipów o blondynkach albo policjantach. Humor nie zawsze jest równoznaczny z dobrodusznym śmiechem – bronią felietonisty okazuje się ironia, sarkazm, a nawet szyderstwo. Dzięki umiejętnie użytemu dowcipowi nie staniesz się gromiącym wiernych kaznodzieją, straszącym wiecznym potępieniem, ani napastliwym politykiem wiecowym, niszczącym przeciwnika oskarżeniami niecne zamiary: dowcip pomaga uniknąć formy typowej dla kazalnicy czy sejmowej trybuny. Nawet gdy podejmujesz ważne tematy, postaraj się, by nie zostać „Kasandrą II” (co z tego, że miała rację? – nikt jej nie słuchał!).

10. Anegdota:

Zadbaj o to, by czytelnik dostał ciekawą opowieść – często temu celowi służy użycie anegdoty (nawet fikcyjnej). Zbyt ogólnikowe dywagacje męczą, natomiast konkret (czyli anegdota właśnie) pozwala zogniskować uwagę czytelnika na krótkiej (i najlepiej – interesującej oraz zawierającej humor) historyjce. A w niej postaraj się nie zapomnieć o sobie, bo motywy autobiograficzne są w felietonie mile widziane.

           Spróbuj połączyć wymienione powyżej cechy pożądane u felietonisty i jego dzieła. Czy wtedy sukces gotowy? Nie, bo do felietonu po prostu trzeba mieć talent. Jednak gdy zwrócisz się do czytelnika, by odważnie okazać swój subiektywny osąd, sięgając przy tym po humor i anegdotę oraz dbając, by styl nie raził oschłością – doczyta on do końca Twoje dzieło i pomyśli sobie: „Jednak ta lista polskich felietonistów nie jest pełna. Brakuje na niej z pewnością…”.

           Znaleźć się na tej liście pomoże Ci bonus do dekalogu, czyli:

1. Nie epatuj brakiem inwencji:

Nie zajmuj uwagi czytelnika tym, że nie wiesz, o czym pisać: wtedy po prostu pisz… Zdania, akapity, a nawet całe niby-felietony o braku pomysłów, o wpatrywaniu się w sufit czy pustą kartkę/ekran zapełniłyby gruby tom pt. „Skoro nic mi nie przychodzi do głowy, to opowiem o tym, że nic mi nie przychodzi do głowy”. Obecność w takim tomie nie jest jednak powodem do dumy.

2. Świadomość gatunku:

Mimo że felieton nie ma bardzo ściśle sprecyzowanych reguł gatunkowych, jednak nie jest pozbawiony charakterystycznych dla siebie cech (cała poprzedzająca te słowa część mojego tekstu tego dotyczyła). Pamiętaj więc – felieton to nie opowiadanie, wspomnienie, nowela, reportaż. Felieton to felieton…

Dariusz Dybek