Bytom: Pogawędka o edukacji niepublicznej

Społeczna Szkoła Podstawowa STO
ul. Skrajna 14 a
41-907 Bytom

Bytomska Społeczna to jedna z pierwszych niepublicznych szkół w kraju.

Społeczne Towarzystwo Oświatowe w listopadzie obchodzi jubileusz XXX-lecia. Byliśmy prekursorami w wielu dziedzinach – mówi dyrektor bytomskiej Społecznej Andrzej Gawenda. Rozmawia z nim Alan Misiewicz.

Alan Misiewicz: Kieruje pan Szkołą Społeczną w Bytomiu od 10 lat. Praca miła?

Andrzej Gawenda:  Z zewnątrz to pewnie widok miły dla oka: gabinet, biurko, komputer, czasami jakaś kawa. Ale praca wymaga olbrzymiego zaangażowania, bo - jak to w polskiej szkole bywa - problemów jest mnóstwo.

A.M: Gdzie najwięcej?

A.G.: Wbrew pozorom nie na linii dyrektor-uczeń, lecz na płaszczyźnie administracyjnej. W powszechnej opinii szkoły społeczne to placówki bardzo bogate i żyjące dostatnio, gdyż otrzymują dotację ministerialną i dodatkowy zastrzyk gotówki w postaci czesnego płaconego przez rodziców. Jednak całe to bogactwo to mit, bo np. wszelkie naprawy bieżące czy generalne remonty muszą być przeprowadzone z własnych funduszy. A to nie jest proste. Dla przykładu – budowa boiska czy termomodernizacja to wydatek nieporównywalny z wynagrodzeniem dla nauczycieli.

A.M: Cofnijmy się więc w przeszłość kilkadziesiąt lat - do początku szkół społecznych w Polsce.

A.G.: Wszystko zaczyna się przed Okrągłym Stołem. Wtedy grupa rodziców, nauczycieli i zapaleńców, którzy chcieli widzieć polską szkołę szkołą nowoczesną, wolną od ideologii państwowej i otwartą na Europę, stworzyła komitet założycielski. Chcieli zarejestrować Społeczne Towarzystwo Oświatowe, które miałoby uprawnienia do prowadzenia placówki niepublicznej. Łatwo nie było, dopiero wyrok Naczelnego Sądu Administracyjnego, który orzekł, że „bezpłatność szkoły jest prawem, a nie obowiązkiem obywateli”, otworzył furtkę do rejestracji szkół niepublicznych w Polsce. Dzięki temu 1 września 1990 r. rozbrzmiał u nas pierwszy dzwonek, a szkoła Społeczna w Bytomiu była jedną z pierwszych tego typu szkół w kraju. Pierwszym dyrektorem szkoły był Ryszard Bieda, a zastępcą Piotr Koj – późniejszy prezydent Bytomia, a w latach 1994- 2006 dyrektor naszej placówki.

A.M: Jak dużym zainteresowaniem cieszyła się wówczas szkoła?

A.G.: Chętnych było o wiele więcej, niż mogliśmy przyjąć – borykaliśmy się z trudnościami lokalowymi. W owym czasie budynek dzieliliśmy z Zasadniczą Szkołą Budowlaną, więc do swojej dyspozycji mieliśmy tylko kilka pomieszczeń. Dzisiaj mamy do dyspozycji cały budynek i komfort, ponieważ wyróżnikiem szkół społecznych są mało liczne klasy. Pozwala to nam maksymalnie indywidualizować pracę z uczniem, nie dopuszczać do anonimowości i dawać dzieciom poczucie bezpieczeństwa.

A.M: Wyczytałem, że byliście prekursorami w wielu dziedzinach.

A.G.: Nie mieliśmy gotowych wzorców do naśladowania, więc sami torowaliśmy sobie drogę, uznając, że najważniejsza jest kwestia współpracy z rodzicami. Istniejące w szkołach publicznych Komitety Rodzicielskie zastąpiliśmy Radą Rodziców i Radą Szkoły – i bynajmniej nie były to organy służący do zbierania składek. To raczej platforma, na której - często w burzliwej atmosferze, podczas toczących się do późnych godzin wieczornych debat - wspólnie szukaliśmy optymalnych rozwiązań, np. dotyczących sposobów nauczania języków obcych czy nauczania blokowego. Dla nas współpraca z rodzicami oparta na wzajemnym zaufaniu zawsze miała kluczowe znaczenie.

Szkoły STO-owskie jako pierwsze zastąpiły tradycyjne oceny w klasach 1-3 ocenami opisowymi, co później stało się powszechnym standardem. Od razu zwiększyły liczbę godzin języka angielskiego w liceach i wprowadziły język angielski od pierwszych klas szkół podstawowych. W pewnym sensie było to szokujące, gdyż w wielu szkołach publicznych wciąż jedynym językiem obcym był język rosyjski.

Już we wczesnych latach 90. nasza szkoła dysponowała sprzętem audiowizualnym, posiadaliśmy też bodaj pierwszą w Bytomiu, świetnie wyposażoną salę komputerową, w której zajęcia z uczniami prowadzili inżynierowie informatycy.

A.M: Mieli oni uprawnienia pedagogiczne?

A.G.: Nie, bo wtedy prawie nigdzie w szkołach średnich, a tym bardziej w podstawowych, nie zatrudniano nauczycieli informatyków - ministerialne ramówki nie przewidywały takiego przedmiotu. Informatyka w szkole dopiero raczkowała.

A.M: Jak ideę szkoły społecznej widział Związek Nauczycielstwa Polskiego?

A.G.: Nie mam pojęcia, nie sądzę by w ogóle się nami interesował. Nasze wizje edukacji różniły się na wielu płaszczyznach, począwszy od formy zatrudnienia nauczycieli. Nauczyciele w szkołach niepublicznych zatrudniani są na podstawie Kodeksu Pracy, a przywileje branżowe wynikające z Karty Nauczyciela ograniczają się jedynie do kwestii emerytalnych i od 1999 roku do zasad awansu zawodowego. Więc generalnie nie mamy żadnych relacji ze Związkiem.

A.M: Jednak w tym roku  Społeczne Towarzystwo Oświatowe przyłączyło się do ZNP, protestując przeciwko planowanej reformie edukacji...

A.G.: Jesienią ubiegłego roku ZNP było jedną z organizacji, która podobnie jak STO w planowanej reformie widziało więcej zagrożeń niż pożytku. Zarząd Główny naszego stowarzyszenia uznał, że wspólnymi siłami, szybciej zwrócimy uwagę rządu i parlamentarzystów na to, że być może warto zastanowić się nad planowanymi zmianami, a przede wszystkim  nad tempem ich wprowadzania i wspólnie m.in. z ZNP przystąpił do protest pod szyldem „Nie dla chaosu w polskiej szkole”.

A.M: Co w 1999 r. o reformie Mirosława Handke, wprowadzającej gimnazja, sądziło STO?

A.G.: Rzeczona reforma budziła w nas spore nadzieje, bo mieliśmy świadomość, że polska szkoła potrzebuje zmian. Gimnazja to dobra idea, czego najlepszym dowodem są badania PISA [międzynarodowe badanie koordynowane przez Organizację Współpracy Gospodarczej i Rozwoju, dotyczące grupy wiekowej odpowiadającej naszym gimnazjalistom; w 2015 r. wzięło w nich udział ponad pół miliona uczniów z 72 krajów – przyp. red.]. Polska w tych badaniach jest jedynym krajem europejskim, który w ostatnich latach tak znacznie poprawił wyniki. Edukatorzy w Europie gratulują nam sukcesu i pytają, jak to zrobiliśmy?

A.M: Jaki jest dowód na to, że to gimnazja wpłynęły na wysokie wyniki, a nie po prostu wiek uczniów?

A.G.: Gdy wcześniej funkcjonowała ośmioletnia szkoła podstawowa, to byliśmy w ogonie grupy badanych. Podział szkół na sześcioletnie szkoły podstawowe i gimnazja pozwolił lepiej wykorzystać potencjał nauczycieli, którzy wyspecjalizowali się w pracy z węższą grupą wiekową. Do tego: bardzo ciekawe projekty gimnazjalne i świetnie wyposażone sale przyrodnicze, fizyczne, chemiczne. Tak zorganizowanych budynków adresowanych do gimnazjalistów powstawało od 1999 r. sporo, zwłaszcza w mniejszych miejscowościach.

A.M: Z drugiej strony media co jakiś czas informowały o dramacie dyscypliny w gimnazjach.

A.G.: Faktycznie, początki był trudne, gimnazja rodziły się w bólach. Wszyscy pamiętamy, jak trudności wychowawcze, które pojawiły się w wielu polskich gimnazjach, podbijały słupki oglądalności stacji telewizyjnych. Ale dzisiaj to już historia. Nauczyciele, pracujący w gimnazjach, wypracowali metody wychowawcze, które pozwoliły skutecznie zniwelować większość problemów, z którymi borykali się w pierwszych latach po ich powstaniu.

A.M: Jest 2017 rok. Minister edukacji narodowej Anna Zalewska wygasza gimnazja.

A.G.: Żałuję, że reforma wprowadzana jest w takim pośpiechu, bez okresu buforowego. Myślę też, że już konsumujemy pierwsze efekty: chaos z podręcznikami, które przecież musiano przygotować w tempie takim, o jakim nawet pasażerowie Pendolino mogą jedynie pomarzyć. Reforma przyniosła też zamieszanie kadrowe. Ruch personalny bardziej przypominał pogo odtańczone podczas punkowego koncertu w Jarocinie niż „Jezioro łabędzie” w wykonaniu baletu klasycznego.

A.M: To znaczy?

A.G.: Wielu bardzo dobrych nauczycieli straciło pracę, bądź wykonuje ją dzisiaj w niepełnym wymiarze, podróżując każdego dnia pomiędzy różnymi szkołami. Z drugiej strony dyrektorzy narzekają na wakaty i wciąż poszukują pracowników dydaktycznych. Sukces obecnej reformy w znacznej mierze zależy od inteligencji nauczycieli, którzy nader sprawnie muszą się poruszać w zawiłościach związanych z realizacją programu nauczania opartego na starych i nowych podstawach, sprytnym uzupełnianiu tego, co zostało połknięte w wyniku nagłego przejścia ze starej do nowej podstawy programowej.

A.M: A co z sześciolatkami?

A.G.: Najpierw dążyliśmy do tego, by do szkoły szły dzieci 6-letnie, w okresie przejściowym rodzicom pozostawiono możliwość podejmowania decyzji, czy do szkoły pójdzie dziecko sześcio- czy siedmioletnie. Dzięki temu od wielu lat mamy do czynienia z sytuacją, w której w klasach pierwszych znajdują się dzieci z dwóch roczników. Ich poziom intelektualny i emocjonalny w liceum pewnie się wyrówna, ale dzisiaj zdarza się tak, że w jednym oddziale uczą się dzieci, których różnica wieku wynosi blisko dwa lata. W małych szkołach nie ma możliwości ulokowania ich w dwóch rożnych oddziałach. Na pierwszym etapie edukacyjnym bywa to kłopotliwe. Gdy sytuacja wydawała się być już uporządkowaną, do szkoły miał pójść  rocznik wyłącznie dzieci sześcioletnich, gruchnęła kolejna decyzja o zmianie, do szkoły idą dzieci siedmioletnie, końca zamieszania nie widać.

A.M: Jak sprawdza pan efektywność, skuteczność swoich nauczycieli?

A.G.: Najlepszą oceną skuteczności pracy nauczycieli szkół społecznych są powracający po latach absolwenci, którzy przyprowadzają do nas swoje dzieci; to już kolejne pokolenie. To oni – nauczyciele – i ich otwartość, i chęć uwolnienia się od szkolnej sztampy od samego początku stanowią o sile i jakości instytucji.

Rankingi też dużo mówią. Publikowane co roku po egzaminach gimnazjalnych i maturalnych przez Okręgowe Komisje Egzaminacyjne wskazują na to, że większość szkół niepublicznych ulokowana jest w górnych rejonach tabel.

A.M: Czego to dowodzi?

A.G.: Tego, że także w szkole element rywalizacji rynkowej jest niezbędny. Nie można mierzyć jakości pracy szkoły samymi ankietami.

A.M: Więc jak często spotyka się pan z argumentem rodzica: płacę, więc wymagam?

A.G.: W powszechnej opinii pojawiają się uwagi, że skoro rodzic płaci za edukację, to jego dziecko ma mieć same piątki i szóstki. Ale tak nie jest. Wręcz przeciwnie w naszej szkole zdarza się, szczególnie w ostatnich klasach, że rodzice mają pretensje o to, że za ten sam poziom wiedzy i umiejętności w szkole publicznej dziecko uzyskałoby wyższą oceną, czyli miałoby łatwiejszą drogę podczas rekrutacji do szkoły ponadgimnazjalnej. Przypomnę, że wynik egzaminu gimnazjalnego to wciąż tylko część punktów, które uczniowie dopisują na swych kontach w procesie rekrutacji, pozostałe, to m.in. punkty za oceny uzyskane z kluczowych przedmiotów.

Czy zatem każdy kończy szkołę społeczną? Nie. Mamy przypadki uczniów, którzy nie ukończyli danej klasy – choć na szczęście są to przypadki rzadkie. Zawieramy z rodzicem porozumienie, podczas przyjęcia do szkoły zawsze podkreślamy, że stawiamy wyższe wymagania. Każda strona musi je spełnić. To uczciwa zasada.

A.M: O szkole publicznej mówi się, że to uczeń koncentruje się na nauczycielu. W szkołach prywatnych i społecznych na odwrót - że nauczyciel jest bardziej otwarty.

A.G.: Nie pracowałem w szkole publicznej, wiem jedynie, co mówią absolwenci naszej szkoły, którzy kontynuują naukę w szkołach publicznych: że w Społecznej zawsze można porozmawiać z nauczycielami niemal o wszystkim, że nie zamykają się w swoim pokoju nauczycielskim i nie ma ich dla nikogo, że znajdują czas w każdej chwili.

 Andrzej Gawenda – w latach 1998-2006 wicedyrektor, a od 2007 dyrektor Zespołu Ogólnokształcących Szkół Społecznych Społecznego Towarzystwa Oświatowego w Bytomiu – jednej z pierwszych tego typu placówek w Polsce. Członek Głównej Komisji Rewizyjnej STO. 

Link do artykułu znajdą Państwo na https://silesion.pl/pogawedka-o-edukacji-niepublicznej-18-11-2017