Nauczyciel Pierwsza Klasa: Grażyna Domalik

Grażyna Domalik, polonistka i teatrolożka z ponad 20-letnim stażem. W swojej karierze zawodowej związana z wieloma instytucjami kultury oraz telewizją. Od kilkunastu lat „nietuzinkowy” nauczyciel języka polskiego w Zespole Szkół Społecznych nr 3 STO. Aktywny uczestnik życia kulturalnego Krakowa, animator teatralny w szkole. Twórczyni wielu szkolnych przedstawień kabaretowych prezentowanych na deskach teatrów krakowskich (m.in. Teatr Ludowy, Bagatela). Wspaniały wychowawca, przyjaciel młodzieży. Doskonały dydaktyk – nauczyciel z pasją.

Kim pani zdaniem jest prawdziwy humanista?

Humanista to podobno ktoś, kto ma tzw. „trzecie oko”, widzi więcej, cechują go tolerancja i dystans. Także wobec nauk ścisłych i ich wyznawców. Skoro „nic co ludzkie nie jest nam obce”, należy żywić nadzieję, że zgodnie z dziejową sinusoidą, powrócą czasy prestiżu humanistów. Bo o ten dziś rzeczywiście trudniej.

Czym jest dla pani język polski jako przedmiot? W jaki sposób uczy pani polskiego?

Wszyscy znamy wyobrażenia na temat pasji nauczyciela, który swoją postawą poraża podopiecznych. Powiem z pokorą, że język polski, jak każdy szkolny przedmiot, ma zarówno bardziej interesujące obszary, jak i takie, które mogą wydawać się monotonne. Niewątpliwie to przedmiot bardzo trudny dla ucznia i nauczyciela, ponieważ jest cudownie niekonsekwentny w samym założeniu. Ma uczyć logiki i precyzyjnego myślenia, ale jednocześnie bazować na inwencji, wzruszeniu, twórczym chaosie. Zapałowi ucznia do nauki takiego przedmiotu sprzyja oczywiście odpowiednia motywacja. A w mojej osobistej praktyce? Żywioł dionizyjski, który przekłada się na element zaskoczenia. Słucham uczniów. W każdym roku i o każdym czasie. Nigdy nie stosuję „gotowców”, którymi posługiwałabym się przez lata. Najlepsze lekcje wynikają z potrzeby duszy. Zresztą proszę zapytać moich uczniów, szczególnie absolwentów, ci już wiedzą o co chodziło naprawdę, nawet jeśli po drodze wątpili i bywało ciężko. Podobno mam opinię osoby wymagającej, może nawet „piły”. Jednak nie ośmieliłabym się wymagać od innych, gdybym sama nie wymagała od siebie. Moi uczniowie w tym roku uplasowali się na drugim miejscu w województwie w wynikach testu gimnazjalnego. Jednak pamiętajmy, że każdy ma swój indywidualny ranking. I to jest właśnie humanistyczne myślenie.

A wiedza o teatrze?

Wiedza o teatrze to pewien światopogląd. W moim przypadku kształtowali go wybitni profesorowie i artyści, twórcy krakowskiej teatrologii Uniwersytetu Jagiellońskiego i nie tylko: Ewa Miodońska-Brookes, Jan Błoński, Jan Michalik, Tadeusz Kantor, Andrzej Wajda, ks. Józef Tischner i wielu innych. Filozofia teatru bazuje na głębi przeżywania świata, nieustającym dialogu z drugim człowiekiem, poczuciu dramatu relacji międzyludzkich (z uczniem, jego rodzicami, kolegami z pokoju nauczycielskiego, dyrektorem szkoły, własną rodziną). Młodzi ludzie nastawieni są na szybkość, skrót, przyjemność, konsumpcję, powierzchowność. “Keep calm i ślizgamy się.” Taka jest konstrukcja mentalna współczesnego 14-15-16-latka. Właśnie wróciłam z obozu naukowego i po kilku dobach spędzonych z moimi wychowankami po raz kolejny zobaczyłam to bardzo wyraźnie. Ale to nie powód do nerwów, tylko wyzwanie. Chodzę z moimi uczniami do teatru, często wyjeżdżamy w poszukiwaniu ciekawych wydarzeń teatralnych do Warszawy. Po co? Żeby przez sztukę szukać prawdy w sobie samym i łagodzić obyczaje, bo z tymi coraz bardziej krucho.

Jak często wychodzicie do teatru?

Dość często. Szukamy okazji, by zobaczyć ciekawe spektakle, zetknąć się z różnymi wizjami artystycznymi, konwencjami, stylami. Nierzadko, przyznaję, są one nie na miarę moich uczniów. Czasem muszą do nich dorosnąć. Nie organizuję wyjść do teatru w trakcie lekcji szkolnych. To bezsensowna, chałturnicza praktyka kulturalno-oświatowa. Jeśli teatr u nas, w Krakowie, to wyłącznie wieczorem, a jeśli wyjazd do Warszawy - to w weekend. By było wiadomo, że to z wyboru i za jakąś cenę np. wolnego czasu, pośpiechu, spiętrzenia obowiązków. Wtedy smakuje, bo jest prawie jak owoc zakazany. Kiedy rok temu Jan Englert spoglądał na nas z nieukrywanym zainteresowaniem ze swojej loży w Teatrze Narodowym podczas jednego z popremierowych spektakli słynnego, jubileuszowego „Kordiana”, dziwił się zapewne, że w rzędach zasiadła bardzo młoda publiczność (odważyłam się przyprowadzić uczniów V klasy naszej Szkoły Podstawowej). Co prawda jeden z uczniów zasnął, ale pozostali wygłosili potem nieprawdopodobnie wnikliwą analizę zdarzeń scenicznych. Jasne, że trzeba ją było poprzedzić interpretacją historycznoliteracką, ale jak za to potem smakowała pizza…

Zajmuje się pani również szkolnym kabaretem.

Nie jestem „panią” od szkolnego kabaretu. Choć od niego nie stronię. Jestem autorką tekstów piosenek, scenariuszy, adaptacji i sztuk teatralnych. Zaczynałam od profesjonalnej sceny i estrady, prowadziłam swój autorski teatrzyk, pracowałam w TVP Kraków, jestem członkiem ZAIKS-u. W końcu odnalazłam spełnienie w szkole. Przez poezję, piosenkę poetycką, różnorakie rewiowo-kabaretowo-sceniczne kreacje. Szczególnie raz w roku. Nazywamy to Galą w Teatrze (Ludowym w Nowej Hucie zazwyczaj). Mój przyjaciel ze studiów – reżyser – zajmuje się sceną dramatyczną w naszej szkole, musiałam więc wyszukać sobie jakąś niszę. Kiedyś wspólnie wystawiliśmy „Wizytę starszej pani” w Teatrze Łaźnia Nowa. Przez wiele miesięcy pracowaliśmy wtedy wieczorami: nauczyciele, uczniowie, absolwenci. To była niezwykła przygoda zakończona artystycznym sukcesem. Takie wyzwanie powraca co roku, by zakończyć się przedstawieniem w czerwcu. Jeśli ktoś z moich kolegów, tzw. zawodowych artystów, ubolewa nad faktem, że „ugrzęzłam w szkole” – zapraszam go na Galę, wtedy zmieni zdanie. To, co młodzi ludzie są w stanie z siebie wyzwolić, jest niezwykłe. Przeżycie w sztuce aktorskiej, humor i liryzm w piosence, dynamizm i finezję w tańcu. Być może brzmi to jak reklama mojej szkoły, w której spędziłam już ponad 20 lat, ale gdyby nie ci niezwykli, utalentowani ludzie – moi koledzy, tak bardzo odbiegający od stereotypu nauczyciela, dbający o artystyczny klimat, dający zielone światło dla inwencji twórczej, stymulujący talenty młodzieży – nie zatrzymałabym się tu na tak długi czas, w końcu wpadłam do szkoły na chwilę…

Czy utrzymuje pani kontakt ze swoimi byłymi uczniami?

A moi podopieczni? Teraz tak ich już wielu… Absolwenci europejskich i polskich uczelni. Jestem z nich dumna. Kontaktujemy się, spotykamy, przyjaźnimy. Przychodzą do mnie, odwiedzają mnie, mówią miłe słowa, ale najważniejsze to, że sobie radzą. Poza tym ładnie mówią po polsku i chodzą do teatru. Wciąż szukają form własnej ekspresji artystycznej. Jak choćby wśród uczniów mojej ukochanej klasy z 2007 roku, której byłam wychowawczynią. Wśród nich są fotograficy, projektant mody z Mediolanu, tancerz pracujący na prestiżowych scenach amerykańskich, raper, niezależna aktorka. A gdybym teraz mogła pomarzyć? Obsadziłabym Maćka M. w roli Konrada w „Wyzwoleniu” w Starym Teatrze w Krakowie i przyszłabym do niego z kwiatami po premierze.

Dziękujemy za rozmowę.